Gdy Iryna się obudziła, była opatrzona na najlepszy koński sposób tzn. obklejona liśćmi, mchem i trawą, nieco zwilżona wodą i przykryta ludzką, zniszczoną kołderką, którą znaleziono na granicach stada.
Szybko przypomniała, co się stało i zadała proste pytanie:
- Co z Wolf Dark?
Rose westchnęła.
- Nie zadawaj teraz takich pytań.
Klacz machnęła głową na nie i próbowała się podnieść, na co szybko zareagowała alfa.
- Leż.
Widząc jednak, że Iryna nie odpuści, szybko powiedziała:
- Z NIĄ pewnie to samo co wcześniej. Jeden ogier powiedział, że prawdopodobnie była to dziwna odmiana kojota, a nie wilka, z którym rzekomo walczyłaś. Nie wiem, czy jeszcze raz nas oszukała. Ale jeśli tak, to po co?
Jej głośne zastanawianie się ciągnęło się przez parę minut. Słuchała tego wszystkiego z przerażeniem Iryna, która co jakiś czas podnosiła głowę w zadumie.
- I tak jest słabsza. Czuję, że ją pokonamy.
- Owszem, trzeba to zrobić - powiedziała Rose. - Albo...
Zapadła chwilowa cisza.
- Albo nic nie robić.
Iryna wypadła spod kołdry jak oparzona i z trudem wstała.
- Jak nic nie robić?! To jest zagrożenie.
Rose zaśmiała się nieprzekonująco.
- To jest tak jak z gorącą wodą. Nie staramy się jej poskromić, gdyż jest to niemożliwe, ale za to - omijamy ją, by nie oparzyć się. Gdy nie będziemy wchodzić w drogę Wolf Dark, nie będzie szkód. Każde starcie kończy się tym samym - porażką i raną.
Klacz położyła się delikatnie na swoim miejscu. Zastanowiła się i spojrzała na samicę, która wydawała się teraz być wyjątkowo wysoka. Potaknęła głową i zamknęła uczy, by przespać ból.
Rose patrzyła na nią. Poraniona, chwilowo słaba morderczyni...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz